-Jest ich około sześciu, dwóch za pierwszym stołem, jeden po prawej i dwóch na końcu sali przy drzwiach do zaplecza – wyjaśnił jak się ma sytuacja w środku.
Przymrużyłam oczy, które po chwili zamknęłam. Przywołałam z pamięci dobrze znany mi obraz stołówki. Należałam do więźniów, którzy nie sprawiali większych kłopotów. Um... nie posiadam jakoś mega zrytej psychiki, może też dlatego. Nie ważne. Wyobraziłam sobie także tych szwendaczy oblegający pożądaną prze ze mnie stołówkę. Cisza jaka dookoła nas panowała pozwalała mi usłyszeć ruchy Rikki'ego. Zbliżał się do drzwi. Co to to nie! Otworzyłam oczy i pewnym krokiem wyprzedziłam chłopaka.
-Ja pójdę przodem – powiedziałam.
Zignorowałam go. Jedyne co zrobiłam to otworzyłam drzwi. Okropnie skrzypiały. Zacisnęłam mocno szczęki i szybko wparowałam do środka. Dobyłam swej broni, którą ostatnio trzymam dość często. Wykonywałam celne strzały w głowę. Wirus w prawdzie nie atakował niczego innego niż mózgu i jeżeli moje kalkulacje są trafne, należy wykonywać ataki w głowę. Dla wszelkiej pewności ciskałam po dwa razy. W pierwszej kolejności załatwiłam tych co byli za stołem jednocześnie korzystając z drugiego pistoletu załatwić tego po prawej. Szwendacze co bawili się w strażników ruszyli w moją stronę. Okazali się trochę szybsi niż sądziłam dlatego gdy zajęłam się nimi runęli prosto pod moje stopy. Gdyby nie te czarne skarpetki tej samej wysokości co moje obuwie nie wiem co bym zrobiła. Kątem oka zauważyłam, jak do środka wchodzi Rikki. Był lekko wkurzony.
-Nie ignoruj mnie! A co jeżeli jeden by cię zaatakował? - warknął w moją stronę.
-Hę? Zaatakował? - spojrzałam na niego gromiącym wzrokiem.
Po chwili odwróciłam się do niego przodem.
Moje oczy zasłaniała grzywka. W dłoniach mocno ściskałam broń.
Wyglądałam prawdopodobnie tak, jakbym zaraz miała zacząć płakać. Ale to
były mylne pozory. Oj jak bardzo! Raczej byłam wściekła i nic nie
mogłoby mnie ujarzmić. Chyba, że ktoś spróbuje czegoś, co nie
przyszłoby mi nawet do głowy. -Sądzisz, że jestem typem dziewczyn, które po zobaczeniu tego nie mogą nic zrobić i czekają aż ktoś im pomoże? - wycedziłam przez zęby. - Myślałeś, że będę potulna i grzecznie będę czekać, aż wykonasz za mnie brudną robotę? Po pierwsze, też chcę mieć w tym swój udział. Po drugie, może już zauważyłeś ale ... - uniosłam do góry pistolety Desert Eagle. - siedzę w więzieniu za zabójstwa – uniosłam głowę by mógł patrzeć w moje oczy pełne determinacji.- Nie były to przypadkowe osobniki. Nie.... były mi one 'bliskie'. Bynajmniej ja dla nich. Każdy kto mógł ze mną porozmawiać, ginął z pomocą broni, którą masz przed sobą. Ona towarzyszy mi od samego początku. Ile to osób zginęło? - spytałam się sama siebie odwracając na pięcie. - Z resztą nie ważne – mruknęłam idąc w stronę zaplecza dodatkowo kręcąc oby dwie bronie na palcach.-To co nie kochane nie ma miejsca na tej ziemi – przytoczyłam swój cytat, który bardzo często powtarzałam swoich ofiarom.
Wypowiadając te słowa odwróciłam głowę patrząc na chłopaka. Przekrzywiłam ją delikatnie i uśmiechnęłam się. Znowu. Jednakże ledwo widocznie. Rikki to interesujący człowiek! Sprawił, że powiedziałam mu co nieco o sobie co graniczy z cudem. Brawo chłopczyku, brawo. Jak tak dalej pójdzie to owinie sobie mnie wokół palca. Cóż... taka moja nagła zmiana.
-Ups, rozgadałam się trochę – mruknęłam.
(Rikki? )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz