- Stare dzieje – Na moją twarz wkradł się mały uśmiech - Kiedyś należałam do gildii, w sumie to tam żyłam. Nauczyli mnie kilku sztuczek, jak władać swoją mocą, chociaż to ostatnie nie do końca im wyszło – przekręciłam lekko głowę dalej mając ten sam uśmiech – Gdzie chcecie iść, skoro w pobliżu żadnego z nich nie ma? – Zapytałam wstając na równe nogi i rozciągając się lekko, każdy zajmował się swoją bronią. Właśnie w takich chwilach czułam się dziwnie, kiedy wszyscy ostrzyli swoje miecze, polerowali, czy też szukali czegoś nowego, ja musiałam się przyglądać z boku, bo prawdę mówiąc nigdy nie musiałam tego robić, a nie raz chciałam spróbować.
- Mamy swoje sposoby – zaśmiała się lekko Gwen, tak samo jak Sylvanas i Barto. Czyżby moje pytanie, które dla mnie było całkiem normalne, dla nich było czymś zabawnym? Cóż przynajmniej umiem ich rozbawić, zawsze coś, czyż nie?
- Nie trudno ich znaleźć – dodał Barto, siedząc do nas bokiem, najwidoczniej zajęty czymś na, tyle, że nawet nie mógł spojrzeć, wzrokiem ponownie wróciłam do dziewczyn, która z uśmiechem polerowały swoją broń, jak miewam najważniejsze rzeczy w tej całej dziurze. Siedziałam jeszcze kilka minut, przyglądając się pustej ścianie, myślami byłam zupełnie gdzie indziej. W sumie zastanawiało mnie jak jest na środku, czy może ludzie już powoli wygrywają, czy może już prawie nikogo nie ma, a może zbudowali miasto, gdzie żyją spokojnie udając, że nic się nie stało? Jest tyle możliwości, ale zero jakichkolwiek informacji, wskazówek, czegokolwiek. W końcu każdy wstał, zrozumiałam, o co chodzi, więc również podniosłam się z ziemi i ruszyłam za nimi. Widać było, że doskonale wiedzą, gdzie iść, ja natomiast szłam ślepo za nimi. Podeszłam do Gwen
- Wierze Ci, skoro widziałam zombie, ludzi z różnymi mocami, to, dlaczego Tobie miałabym nie uwierzyć – powiedziałam z lekkim uśmiechem, chciała coś dodać, jednak Sylvanas się zatrzymała, ach ma takie długie imię, byłaby zła jakbym je skróciła do Sylv? Zapytam się jeszcze o to. Ręką dała gest, aby każdy był cicho i stał za nią. Każdy jej usłuchał, wszyscy staliśmy wyczekując.
- Tylko trzech, powinnaś sobie poradzić – wyszeptała do mnie z uśmiechem
- Gdzie dokładnie stoją, jakiej są wielkości? – Zapytałam z powagą
- Za tym rogiem, blisko siebie, dzieli nas jakieś 5 metrów. Zwykłe zombie, nie mają żadnych broni, ale są dosyć masywne – przedstawiła mi całą sytuację. Starałam się to jak najdokładniej zobrazować w głowię. Uśmiechnęłam się szatańsko i zrobiłam krok w tył. Po czym wzięłam krótki, ale szybki rozbieg, odbiłam się o ścianę obok, w powietrzu w mgnieniu oka, pojawiły się moje dwie katany.
Tak jak mówiła Sylf byli dosyć masywni, jednak nie wyglądali jakoś wyjątkowo groźnie, zwykłe Zombii, które najprawdopodobniej jeszcze kilka minut temu kosztowały się czyimś ciałem. Na ich… Twarzy? Znajdowała się świeża krew. K*rwa… Czyli nie będzie tak łatwo, skoro mają już są po obiedzie. Głowa pierwszego z nich poturlała się do moich towarzyszy, z pierwszym było łatwo, w końcu atakowałam z powietrza, dzięki czemu miałam przewagę, przez dodatkowy opór mojego ciała. Pozostała dwójka nie traciła czasu, oboje zaczęli na mnie napierać, nie traciłam czasu. Dawałam atak po ataku. Jednego wręcz rozkroiłam na brzuchu, tak, że wszystkie jego „wnętrzności” zaczęły wypadać, razem ze stopą, na której ciągle znajdował się but, kobiecy. Pomimo tego, iż nie zjadłam dzisiaj za wiele, poczułam jak mi się to cofa. Jednak w porę się opamiętałam. Odbiłam się od ściany i pozbawiłam go głowy, cały czas uważając na ostatniego, z którym poszło najszybciej.
- Nie jest źle, ale widać, że nie masz za dużego doświadczenia w walce z nimi, jest jednak mała różnica pomiędzy nimi, a prawdziwymi ludźmi – wyjaśniła Sylf opierając się o ścisnę, jak się domyśliłam przez cały czas mnie obserwowała. Kiwnęłam jedynie głową, przyznając jej tym samym rację
- Słyszycie – mruknął nagle Barto idąc w stronę jednego pomieszczenia, dopiero jak zrobiłam kilka kroków za nim, usłyszałam, że ta trójka nie była ostatnia. Jednak dźwięki, które dochodziły do naszych uszu były nieco inne, niż te, które słyszałam, na co dzień. Stanęłam obok chłopaka, tak samo jak dziewczyny. Dwa trupy, chociaż były mniejsze niż te, które spotkaliśmy. Obijały się o siebie wydając te jakże dziwne dźwięki. Nawet nie zwrócili na nas uwagi, zupełnie tak jakbyśmy byli za wielką szybą, czy też murem
- Oni… Walczą? – Zapytałam zdezorientowana
- To jest gwałt – wyszeptał mi na ucho Barto. Cóż słysząc to nie ukrywam, że moja mina, rozśmieszyłaby niejednego
- Lecz się – mruknęłam cicho, przyczepiając się kurczowo Gwen - Nie strasz jej – westchnęła jedyna czarnowłosa
- Nie mamy na nich czasu – Sylf niewzruszona nimi wydała dwa perfekcyjne strzały z łuku. Obie strzały zatrzymały się na głowach umarlaków, co spowodowało, że opadły na ziemie. Ruszając się jeszcze przez chwilę, aby zaraz pozostać w bezruchu. Właściwie skoro to umarli, to, dlaczego nie wstają i nie żyją dalej? Bo skoro już nie żyją to ich nie powinno ich już zabić. Ach czasami myślę zdecydowanie za dużo. Szliśmy dalej, a ja cały czas trzymałam się jak najbliżej dziewczyn, unikając jak tylko mogłam tego psychicznego zboczeńca. Po chwili natknęliśmy się na czyjeś ciało. Kobiety, która została zaatakowana przez tego samego Zombii, które zabiłam. Jej druga noga była prawie nietknięta, znajdował się na niej drugi but. Twarzy nie było, tak samo jak tułowia, nawet kości. Musiała przeżyć te pół roku, a teraz ją dopadli. Moja ręką spoczęła na ustach, a ja na pięcie odwróciłam się, aby na to nie patrzeć i zarazem uspokoić swój żołądek.
(Kto teraz? )

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz