Przyglądałem się chłopakowi, chyba dobrze się bawił szukając czegoś w
głowie trupa. Spojrzałem na drzwi, które czasami mocniej zatelepały.
Podrapałem się po głowie i rozejrzałem się dookoła. Sięgnąłem po
uchigatanę i podszedłem do drzwi mijając nowego koleżkę. Machnąłem do
niego ręką by się odsunął. Nie za bardzo rozumiałem dlaczego tak bardzo
cieszy go rozwalanie zombie. To i tak nie żyje, to nie to samo co żywy
człowiek. To dopiero frajda! Ich krzyki, szkarłatna krew spływająca po
narzędziu jak i po ręce... Nie, nie powinienem tak myśleć. Trzymany
przeze mnie miecz, zaczął lekko drżeć. Moja dłoń zaczęła się telepać.
Nie powinienem wracać pamięcią do tamtego wydarzenia. Powoli zacząłem
otwierać drzwi, kiedy to nagle huknęły i do środka weszły pozostałe dwa.
W porównaniu do Dayki, nie przepadałem za tym. Robiłem to, aby przeżyć.
W końcu kto wie co te stwory mają na celu. Nie miałem na celu zabawy z
nimi, tylko zawadzają. Ktoś kto umarł, nie powinien już wracać do
żywych. Po dłuższej chwili oba padły na ziemie, a ja znów zamknąłem
drzwi. Usiadłem w kącie, przyciągnąłem kolana do klatki piersiowej i
schowałem w nich głowę. Dlaczego to takie nie fair? Wykorzystali to co
mieli, a więc nie powinni wracać. To co, że są zombie, tak nie powinno
być. To głupie... Usłyszałem cichy chichot chłopaka, dalej rajcuje się
czaszką tych stworów? Dogrzebał się czegoś? Ciekawe jak wyglądali
ludzie, którzy go urodzili. Pewnie też zachowywali się dziwnie. Zrobiło
mi się trochę żal chłopaka, musi być jakiś konkretny dlaczego tak bardzo
to go rozwesela. Trochu rozbolała mnie głowa, ale to nie pierwszy raz.
Uniosłem lekko głowę do góry, spojrzałem na niego. Wyglądał jak mały
chłopiec bawiący się swoją ulubioną zabawką. Uśmiechnąłem się pod nosem i
odwróciłem wzrok, szukałem liska. Przedmiot wykonany z metalu leżał na
wyciągnięcie ręki, a więc po niego sięgnąłem. Był ubrudzony paskudną
krwią zombie. Podniosłem się i podszedłem do jednej z małych szafeczek,
wiedziałem co gdzie jest, w końcu znam to miejsce. Wyciągnąłem z niej
jakąś starą szmatkę. Zacząłem czyścić liska. Metalowa zabawka miała dla
mnie duże znaczenie. Przypomniała mi się mała istotka, która kochała
swojego braciszka, mimo tego, że nie był za dobry. Jej twarzyczka w
krwi... Równocześnie mnie cieszyła, ale i smuciła. Momentalnie poczułem
jakby coś mnie łupało w głowie. Upuściłem kawałek metalu na szafkę i
przyłożyłem rękę do czoła. Nogi lekko się pode mną ugięły. Znów
spojrzałem w stronę Dayki, patrzył na mnie. Uśmiechnąłem się do niego.
"To nic takiego" - miałem ochotę powiedzieć, jednak działo się tak za
praktycznie każdym razem, gdy pomyślałem o małej pani McRae. Uniosłem
ręce lekko do góry, ale wtedy zorientowałem się, że zabawka spadając,
musiała o mnie zahaczyć. Ściągnąłem rękawiczkę nie nadającą się już do
użytku i obejrzałem ranę. Drugą ręką chwyciłem za koc i podszedłem do
towarzysza, który opierał się o ścianę. Przykucnąłem przy nim i
zarzuciłem na niego koc.
- Nie jest mi zimno - powiedział.
- I nie musi być. - Uśmiechnąłem się do niego nieco szerzej. Do ust
przyłożyłem swoją dłoń i usiadłem obok Dayki. Po chwili językiem
przejechałem po ranie. Powtarzałem tą czynność kilka razy. Widząc, że
chłopak przygląda mi się, drugą ręką pogłaskałem go po głowie. Chyba
mnie nie polubił. Mogłem to stwierdzić po ciszy, która tutaj panuje.
Oderwałem na chwilę dłoń od ust. - Jak się prześpisz... Pójdziemy szukać
innych i zapasów... Kocyk połóż sobie pod głowę, łóżko jest mniej
wygodne jak podłoga. - Przerwałem by zlizać krew z śródręcza. - Możesz
równie dobrze położyć główkę na swoim nowym braciszku... Popilnuję
podczas, gdy będziesz spać... - Objąłem go jedną ręką i przyciągnąłem do
siebie. Wygląda jakby się nie wysypiał. Nie potrafi o siebie dobrze
zadbać? Może sobie nie radzi? Teraz to trudniejsze, w końcu jest coraz
więcej tych zombie...
Dayki?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz