niedziela, 12 lipca 2015

Od Carla C.D Dayki

Przyglądałem się chłopakowi, chyba dobrze się bawił szukając czegoś w głowie trupa. Spojrzałem na drzwi, które czasami mocniej zatelepały. Podrapałem się po głowie i rozejrzałem się dookoła. Sięgnąłem po uchigatanę i podszedłem do drzwi mijając nowego koleżkę. Machnąłem do niego ręką by się odsunął. Nie za bardzo rozumiałem dlaczego tak bardzo cieszy go rozwalanie zombie. To i tak nie żyje, to nie to samo co żywy człowiek. To dopiero frajda! Ich krzyki, szkarłatna krew spływająca po narzędziu jak i po ręce... Nie, nie powinienem tak myśleć. Trzymany przeze mnie miecz, zaczął lekko drżeć. Moja dłoń zaczęła się telepać. Nie powinienem wracać pamięcią do tamtego wydarzenia. Powoli zacząłem otwierać drzwi, kiedy to nagle huknęły i do środka weszły pozostałe dwa. W porównaniu do Dayki, nie przepadałem za tym. Robiłem to, aby przeżyć. W końcu kto wie co te stwory mają na celu. Nie miałem na celu zabawy z nimi, tylko zawadzają. Ktoś kto umarł, nie powinien już wracać do żywych. Po dłuższej chwili oba padły na ziemie, a ja znów zamknąłem drzwi. Usiadłem w kącie, przyciągnąłem kolana do klatki piersiowej i schowałem w nich głowę. Dlaczego to takie nie fair? Wykorzystali to co mieli, a więc nie powinni wracać. To co, że są zombie, tak nie powinno być. To głupie... Usłyszałem cichy chichot chłopaka, dalej rajcuje się czaszką tych stworów? Dogrzebał się czegoś? Ciekawe jak wyglądali ludzie, którzy go urodzili. Pewnie też zachowywali się dziwnie. Zrobiło mi się trochę żal chłopaka, musi być jakiś konkretny dlaczego tak bardzo to go rozwesela. Trochu rozbolała mnie głowa, ale to nie pierwszy raz. Uniosłem lekko głowę do góry, spojrzałem na niego. Wyglądał jak mały chłopiec bawiący się swoją ulubioną zabawką. Uśmiechnąłem się pod nosem i odwróciłem wzrok, szukałem liska. Przedmiot wykonany z metalu leżał na wyciągnięcie ręki, a więc po niego sięgnąłem. Był ubrudzony paskudną krwią zombie. Podniosłem się i podszedłem do jednej z małych szafeczek, wiedziałem co gdzie jest, w końcu znam to miejsce. Wyciągnąłem z niej jakąś starą szmatkę. Zacząłem czyścić liska. Metalowa zabawka miała dla mnie duże znaczenie. Przypomniała mi się mała istotka, która kochała swojego braciszka, mimo tego, że nie był za dobry. Jej twarzyczka w krwi... Równocześnie mnie cieszyła, ale i smuciła. Momentalnie poczułem jakby coś mnie łupało w głowie. Upuściłem kawałek metalu na szafkę i przyłożyłem rękę do czoła. Nogi lekko się pode mną ugięły. Znów spojrzałem w stronę Dayki, patrzył na mnie. Uśmiechnąłem się do niego. "To nic takiego" - miałem ochotę powiedzieć, jednak działo się tak za praktycznie każdym razem, gdy pomyślałem o małej pani McRae. Uniosłem ręce lekko do góry, ale wtedy zorientowałem się, że zabawka spadając, musiała o mnie zahaczyć. Ściągnąłem rękawiczkę nie nadającą się już do użytku i obejrzałem ranę. Drugą ręką chwyciłem za koc i podszedłem do towarzysza, który opierał się o ścianę. Przykucnąłem przy nim i zarzuciłem na niego koc.
- Nie jest mi zimno - powiedział.
- I nie musi być. - Uśmiechnąłem się do niego nieco szerzej. Do ust przyłożyłem swoją dłoń i usiadłem obok Dayki. Po chwili językiem przejechałem po ranie. Powtarzałem tą czynność kilka razy. Widząc, że chłopak przygląda mi się, drugą ręką pogłaskałem go po głowie. Chyba mnie nie polubił. Mogłem to stwierdzić po ciszy, która tutaj panuje. Oderwałem na chwilę dłoń od ust. - Jak się prześpisz... Pójdziemy szukać innych i zapasów... Kocyk połóż sobie pod głowę, łóżko jest mniej wygodne jak podłoga. - Przerwałem by zlizać krew z śródręcza. - Możesz równie dobrze położyć główkę na swoim nowym braciszku... Popilnuję podczas, gdy będziesz spać... - Objąłem go jedną ręką i przyciągnąłem do siebie. Wygląda jakby się nie wysypiał. Nie potrafi o siebie dobrze zadbać? Może sobie nie radzi? Teraz to trudniejsze, w końcu jest coraz więcej tych zombie...

Dayki?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz